Moje włoskie dolce vita!

Właśnie wróciłam z wakacji we Włoszech i pewnie nie byłoby w tym nic wyjątkowego, gdyby nie to, że wybrałam się tam na kemping. A że ta forma spędzania wakacji, mam wrażenie, przeżywa renesans, postanowiłam napisać wam o moich doświadczeniach z namiotem, śpiworem i… inwazją komarów ☺

Wyjazd.

Wybrałam samochód. Szczęśliwie duży i klimatyzowany, dzięki czemu nie ugotowaliśmy się jak jajka na twardo. Do Włoch jedzie się około 14 godzin (odcinek Warszawa- Wenecja), więc dla wyjątkowo „silnych” jednostek jest to trasa możliwa do pokonania bez noclegu. My (bo jechałam wraz ze znajomymi oraz dzieciakami) zrobiliśmy sobie postój w czeskim hostelu. I tu pierwsza uwaga: jeśli kiedykolwiek zdecydujecie się spać w czeskim hostelu, dokładnie sprawdźcie godziny zameldowania. My ze względu na korki (o zgrozo, ruszyliśmy na trasę w piątkowe popołudnie) mieliśmy spore opóźnienie i dzięki temu poznałam wiele czeskich przekleństw na wiecznie spóźnionych polaków. W Czechach jak to w Czechach… życie w małych miejscowościach zamiera o 19:00 więc w drodze powrotnej odpuściliśmy już sobie ponowną przyjemność nocowania.

Benzyna.

jest droga wszędzie, gdzie zaczynamy płacić w euro. We Włoszech jest jednak nawet droższa niż w Austrii (tak przynajmniej wynikało z naszych obserwacji). Zatankowaliśmy więc w Polsce po korek, a potem uzupełniliśmy paliwo u naszych niemieckojęzycznych sąsiadów. W drodze powrotnej  jechaliśmy na oparach tylko po to, by tankować już w naszych polskich złotych.

Winiety.

Temat rzeka… można je zakupić na ostatniej stacji benzynowej w Polsce lub zaraz po przekroczeniu granicy. Zdecydowanie warto poczytać trochę o winietach przed wyjazdem, bo można sporo zaoszczędzić, decydując się na przykład na zakup dwóch tygodniowych niż jednej miesięcznej.  

Miejsce.

Wybraliśmy okolice Wenecji, a dokładnie Lido di Jesolo. Taki „polski Hel”, czyli wystający cypelek, z którego do Wenecji łatwiej dopłynąć tramwajem wodnym niż dojechać samochodem. Co myślę o tej okolicy? Samo Lido jest niezwykle urocze, szczególnie gdy nawigacja poprowadzi nas małymi lokalnymi uliczkami, a nie przez centrum miasta. W oddali mienią się wtedy piękne posiadłości przypominające swoim wyglądem te znajdujące się w Toskanii i rzeczywiście można poczuć prawdziwie włoski klimat.  

     

Kemping, który wybraliśmy nie różnił się niczym od innych, które nas otaczały. A kempingów na tym  cyplu jest bez liku. Baseny, zjeżdżalnie dla dzieci, sklep, animacje… full service chociaż bez all inclusive. I tu właśnie zaczyna się zasadnicza różnica pomiędzy 5-gwiazdkowym hotelem z pełnym wyżywieniem i darmowymi, rozwodnionymi drinkami a życiem na kempingu. To zdecydowanie dwie różne bajki.

Na kemping przyjeżdżamy tylko o wyznaczonych godzinach! Zwykle pomiędzy 16:00 a 20:00. Warto zwrócić na to uwagę, by nie utknąć w samochodzie na parkingu na kilka godzin, gdy Włosi właśnie mają sjestę. A sjesta to rzecz święta!

Po 23:00 obowiązuje cisza nocna. I wierzcie mi lub nie (może to z powodu przewagi niemieckich turystów), na kempingu było cicho jak w grobie. Przez ponad 10 dni mojego pobytu nie usłyszałam najmniejszego wycia, pisków, pijackich śpiewów… zero! W sumie uznaję to za duży atut.

Namiot.

Ten który wybraliśmy był naprawdę fajny. Nie dysponowaliśmy swoim (choć oczywiście można zabrać własny sprzęt i rozbić się na „pustym” polu), więc wynajęliśmy duży rodzinny model z 3 sypialniami i kuchnią. I to już jest pierwsza zasadnicza zmiana. Całe dzieciństwo spędziłam na kempingach i pamiętam te butle gazowe, palniki i menażki, w których odgrzewaliśmy wcześniej przygotowane weki wiezione setki kilometrów z Polski. To był prawdziwy survival. Tutaj kuchnia była na miejscu, do tego 4-palnikowa, duża lodówka z zamrażarką, a w szafkach pełne wyposażenie, w tym garnki, talerze, szklanki, durszlaki, itp.

Jakie było moje zaskoczenie, gdy obok namiotu znalazłam rozkładaną suszarkę do bielizny (wow!), a w szafce korkociąg do wina (wow do kwadratu!). Generalnie luksus. Oczywiście istnieje możliwość wynajęcia domków, bungalowów i tym podobnych miejscówek jeśli nie przepadacie za spaniem „pod szmatą”. Powiem wam, że zaglądałam do kilku takich kwater i są naprawdę fajne. Jeśli zdecydujecie się na nie, warto zrobić rezerwację ze sporym wyprzedzeniem, bo ich liczba jest ograniczona, a chętnych naprawdę sporo. Namioty są natomiast dostępne niemal od ręki (chyba że to akurat szczyt sezonu) , a ich standard jest naprawdę w porządku.  

Źródło: www.casavio.com

No to teraz o minusach. Co zabija przyjemność spania w namiocie? Upał! Sprawia, że namiot jest jak sauna. Dosłownie! Dlatego polecam zasłanianie na noc „okien”, dzięki czemu słońce rano nie nagrzeje namiotu, oraz koniecznie zabranie ze sobą  wiatraka. Ten naprawdę będzie pomocny, gdy około piętnastej zechcemy ugotować cokolwiek w kuchni – inaczej „popłyniemy”.

Poza tym komary. Niby to oczywiste, bo przecież obok las i woda, jednak warto o tym pamiętać i zabrać ze sobą wszystkie możliwe środki ochrony. Przydadzą się żele, spraye, wtyki do kontaktu i aplikatory.  Im więcej, tym lepiej! Mam wrażenie, że włoskie komary są wyjątkowo spragnione słowiańskiej krwi, dlatego polecam uzbroić się jak na wojnę.

Zakupy.

Pewnie nie odkryję Ameryki, jeśli powiem, że taniej jest kupować poza kempingiem. Ale jak się okazuje, nawet tam warto zasięgnąć języka u lokalnej ludności. Różnice cen pomiędzy sklepami w mieście również były zauważalne.

Za gałkę lodów zapłacimy ok. 1,20 euro, ale oczywiście ceny różnią się od lokalu. Za małą butelkę wody 0,50- 0,70 euro.

I tak płynnie przeszliśmy do tematu jedzenia a to  oparte jest głównie na makaronie. Ten flagowy włoski produkt połączony z dobrym pesto to posiłek wręcz idealny. W miarę tani  i naprawdę sycący. Testowaliśmy go w różnych wariacjach i naprawdę polecamy.

Jeśli jesteście fanami owoców morza ( a ja jestem) koniecznie wybierzcie się do prawdziwej włoskiej restauracji/ tawerny i spróbójcie miejscowych przysmaków…

Zaskoczenie wyjazdu? Pizza… Nasłuchałam się o nienawiści Włochów do pizzy hawajskiej, która podobno profanuje tę potrawę, a przeciętnego miejscowego przyprawia o gęsią skórkę. Otóż na kempingu sprzedawano pizzę z frytkami… TAK! Z frytkami położonymi na pizzy… I jak to nazwać? Mi zabrakło słów, ale cóż.. Może to znak naszych czasów 😉

W sezonie na pewno nie warto oszczędzać na owocach. Wcinaliśmy codziennie jednego arbuza, masę brzoskwiń i (choć to nie owoc) pomidorów. Te ostatnie smakują doskonale, dojrzewając na południowym słońcu.

Pamiątki.

Z Włoch warto przywieźć likier cytrynowy, zwany Limoncello. Jest pyszny i nawet mnie (osobie nie lubiącej przesadnie alkoholu) bardzo pasował. Świetne są też włoskie ciasteczka – kruche i maślane lub te o smaku czekoladowym z białymi gwiazdkami… MNIAM! Z pyszną włoską kawą są wprost kwintesencją nieba na ziemi. Warto zakupić lokalne oliwy z oliwek oraz domowej roboty wina. Te ostatnie mają zaskakujący smak i naprawdę przystępną cenę.

Wybierzcie się na kemping jeśli lubicie kontakt z naturą i nie straszny wam piasek, żaby, koniki polne i inne insekty. Polecam też tę formę wypoczynku jeśli lubicie długą jazdę samochodem… słuchanie włoskich przebojów z lat 80-tych i gotowanie w nieco ekstremalnych warunkach. Poza tym to rodzaj przygody. Może nie ekstremalnej, bo jednak dość komfortowej, ale naprawdę wartej polecenia. Taki wyjazd jest zdecydowanie tańszy niż wypad do hiszpańskiego hotelu na riwierze, a nie ustępuje mu ilością i jakością atrakcji.

Moje własokie wakacje były naprawdę udane 😉 A jakie wy macie plany urlopowe?

Może cię też zainteresować:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *